Przypowieści

 

Mnich i samuraj

Pewnego dnia mistrz poprosił mnicha Gakudo by zaniósł list do mistrza ceremonii herbaty, który mieszkał w sąsiedniej wiosce. Gakudo posłusznie wziął list, ukłonił się przed mistrzem i wyruszył w drogę. Gdy miał przekroczyć jedyny most prowadzący do wioski, drogę zastąpił mu potężny samuraj o przerażającym spojrzeniu. Mnich usiłował go okrążyć, jednak samuraj nie pozwolił mu przejść.
- Ślubowałem, że będę walczył ze stoma osobami, które będą chciały przejść przez ten most. Ty jesteś setną osobą – powiedział.
Gakudo przełknął ślinę i odpowiedział:
- Niosę bardzo ważny list, który muszę dostarczyć do rąk własnych.
Proszę pozwól mi przejść, Gdy wykonam zadanie wrócę i tak jak chcesz, stawię Ci czoła.
- Niech tak będzie, ale wracaj szybko – odpowiedział samuraj.
Gakudo dotarł do domu mistrza ceremonii herbaty, oddał mu list, ukłonił się głęboko i stanął bez ruchu.
- Dlaczego nie odchodzisz? – zapytał mistrz.
Gakudo opowiedział o spotkaniu z samurajem i dodał, że nie potrafi posługiwać się mieczem.
- Rozumiem! – odarł mistrz – Dałeś słowo. Nie mogę ci pomóc i z pewnością zginiesz.
Mogę cię nauczyć, w jaki sposób umrzeć. Weźmiesz to kyosaku* i staniesz przed samurajem na rozstawionych nogach. Uniesiesz kij nad głową i zamkniesz oczy. Potem skoncentrujesz się na długim i głębokim wydechu. Gdy na szczycie głowy poczujesz parzący ból, będziesz martwy. To bardzo łatwe.
Mnich ukłonił się o odszedł w kierunku mostu. Samuraj dostrzegł go i zawołał:
- Jesteś gotów?
- Tak, tak! odparł Gakudo i pomyślał: "Muszę podnieść kij nad głowę, rozstawić nogi, zamknąć oczy i wydychać długo, głęboko i niezauważalnie"
Minęła chwila i samuraj, który sam przyjął gardę, patrzył na swojego przeciwnika ze zdumieniem. Pomyślał: "Nie rusza się nawet gdy udaję że będę atakował. Nie reaguje. Już kilka razy go okrążyłem, a on trwa bez ruchu. Jest uzbrojony w prosty kij, na którym jest napisane "Droga nie-strachu" i cały czas ma zamknięte oczy. Na pewno jest silny i rozłupie mnie dopiero w ostatniej chwili.
Samuraja przepełniły wątpliwości i nie odważył się zaatakować. Nigdy jeszcze nie spotkał podobnego przeciwnika.
W tym samym czasie Gakudo myślał:
- "Czuję gorąco w głowie, wszystko jest ciche, na pewno już umarłem. Samuraj z pewnością rozciął mi czaszkę na pół".
Samuraj nie mógł dłużej wytrzymać napięcia. Upuścił miecz i padł przed mnichem na kolana błagając:
- Proszę, oszczędź mnie! Jaki styl praktykujesz i kto jest twoim mistrzem. Zdradź mi swój sekret!
Gakudo pojął, co się stało i odpowiedział:

- Gdy już się nie boimy umrzeć, zaczyna się prawdziwe życie.

 

*        Keisaku – płaski drewniany kij zwany „kijem przebudzenia”, używa się go w czasie długich medytacji, aby podnieść koncentrację mnichów i powstrzymać ich przed snem

 

Dzban

Pewien nosiwoda miał dwa ogromne dzbany, w których codziennie przynosił wodę ze strumienia do domu. Jeden z dzbanów docierał pełny, zaś drugi miał pęknięcie i udawało się donieść tylko połowę jego pojemności. I tak przez dwa lata nosiwoda przynosił do domu jedynie półtora dzbana wody.

Oczywiście doskonały dzban był bardzo dumny ze swoich osiągnięć, z tego, że tak dobrze wykonuje swoje zadanie. Ale biedny pęknięty dzban był pełen wstydu w związku ze swą wadą i smucił się tym, że jest w stanie wykonać tylko połowę tego, do czego został stworzony.

Po dwóch latach swych klęsk, dzban pewnego dnia nad strumieniem przemówił do nosiwody.

- Wstyd mi bardzo i chcę cię przeprosić.

- Za co – spytał zdziwiony nosiwoda.

- Przez ostanie dwa lata byłem w stanie wykonać tylko połowę mojego zadania. Przez pęknięcie na mojej powierzchni woda wyciekała przez całą drogę do domu. Moja wada sprawiła, że część twojej pracy idzie na marne. – odparł dzban.

- Gdy będziemy teraz wracać do domu, proszę cię byś się przyglądał dokładnie naszej drodze. – poprosił nosiwoda czując współczucie dla biednego dzbana.

W drodze powrotnej dzban zauważył, że wzdłuż ścieżki, którą pokonywali każdego dnia, rosną przepiękne kwiaty. To go trochę rozweseliło, jednak w domu znów poczuł się bardzo źle i zaczął przepraszać nosiwodę. Ten powiedział:
- Czy zauważyłeś, że kwiaty rosną tylko po twojej stronie ścieżki? Jest tak dlatego, że wiedziałem o twojej wadzie i wykorzystałem ją. Zasiałem kwiaty po twojej stronie dróżki, a ty codziennie je podlewałeś wyciekającą wodą. Przez dwa lata mogłem zbierać przepiękne kwiaty i stawiać je na stole. Bez ciebie nie byłoby tyle piękna w moim domu.

Każdy z nas ma swoje wady. Wszyscy jesteśmy pękniętymi dzbanami.

 

 

Kamienie

Mistrz postawił na stole duży słój, a obok tuzin kamieni i ostrożnie zaczął nimi napełniać słój. Gdy wypełnił go po same brzegi, zapytał swoich uczniów- "Czy ten słój jest pełny?"

Cała grupa zgodnie odpowiedziała - "Tak!" "Naprawdę?" - zapytał Mistrz i wyciągnął spod stołu wiadro ze żwirem. Zaczął go wsypywać do słoja. Żwir wypełniał luki pomiędzy kamieniami. Wtedy zapytał jeszcze raz - "Czy ten słój jest pełny?" "Najprawdopodobniej nie"- odparł jeden ze śmielszych uczniów.

"Dobrze!"- odparł Mistrz i wyciągnął spod stołu wiadro z piaskiem. Następnie zaczął wsypywać do słoja piasek, który wypełniał przestrzeń pomiędzy kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał - "Czy słój jest pełny?"Teraz wszyscy zgodnie krzyknęli - "Nie!"

Ponownie Mistrz zgodził się z uczniami i zaczął wlewać do słoja wodę. "Jakie są wnioski z takiej demonstracji?"- zapytał Mistrz. "Wniosek jest taki" - zaczął jeden z uczniów- "Nie ma znaczenia jak pełny jest Twój harmonogram. Jeśli chcesz tego naprawdę, to zawsze coś zmieścisz do środka".

Mistrz pokiwał głową i zapytał - "Czy gdybym najpierw wsypał piasek mógłbym włożyć tyle kamieni?" Uczniowie byli zgodni - "Nie!" Mistrz rzekł więc do nich - "Przyjaciele, to co umieszczałem w słoju, to są wasze priorytety. Tylko wy decydujecie, które są dla was najważniejsze. Musicie najpierw włożyć kamienie, bo inaczej później nie uda się ich umieścić w słoju. Nie zajmujcie się rzeczami, które nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia (żwir, piasek), gdyż nie starczy wam czasu na rzeczy wielkie i istotne."

 

Kogut bojowy

Chi Hsing Tzu układał koguty do walk dla króla Hsuana. Właśnie szkolił dorodnego ptaka. Król wciąż dopytywał, czy kogut może już stanąć do zawodów. Chi Hsing Tsu odpowiedział:
Jeszcze nie… Ma za dużo ognia. Gotów jest bić się z każdym innym ptakiem. Jest próżny i dufny we własne siły.

Po dziesięciu dniach ponownie odparł:
Jeszcze nie. Zacietrzewia się, gdy słyszy pianie innego koguta.

A po dalszych dziesięciu:
Jeszcze nie. Wciąż przybiera ten gniewny wygląd i stroszy pióra.

Po kolejnych dziesięciu dniach Chi Hsing rzekł:
Teraz jest już prawie gotów. Na krzyk innego ptaka nawet nie mrugnie okiem. Stoi nieruchomo jakby był z drewna. To dojrzały wojownik. Inne ptaki raz na niego spojrzą i uciekną.

 

Samuraj i Mistrz Zen

Pewien samuraj miał opinię niecierpliwego i pobudliwego. Mistrz Zen, znany ze znakomitych zdolności kulinarnych, stwierdził, że wojownikowi należy dać lekcję, zanim stanie się jeszcze bardziej niebezpieczny. Zaprosił więc samuraja na obiad.

Samuraj przybył o wyznaczonej porze. Mistrz Zen poprosił, aby się rozgościł, dopóki ten nie skończy przygotowania posiłku. Czas mijał. Samuraj zaczynał się niecierpliwić. Po chwili zawołał:
- Mistrzu Zen! Czy zapomniałeś o mnie?

Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
- Bardzo przepraszam - powiedział ale przygotowanie obiadu zabiera więcej czasu niż myślałem.
I wrócił do kuchni.

Znów minął długi czas. Samuraj siedział i robił się coraz głodniejszy. W końcu zawołał, ale nieco łagodniejszym głosem niż poprzednio:
- Mistrzu Zen – proszę. Kiedy podasz obiad?

Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
- Bardzo przepraszam. Opóźnia się jeszcze trochę ale to już długo nie potrwa.

I znów wrócił do kuchni.
Minął jeszcze długi czas, aż w końcu samuraj nie mógł już ścierpieć czekania. Wstał boleśnie rozczarowany i wściekle głodny. W tym samym momencie mistrz Zen wszedł do pokoju z tacą zastawioną potrawami. Pierwszym daniem było miso shiru (tradycyjna japońska zupa na bazie tofu, ryb, wodorostów i pasty sojowej).

Samuraj z wdzięcznością konsumował zupę, oczarowany jej bukietem smakowym.
- Och, mistrzu Zen - zawołał - to najlepsza miso shiru, jaką kiedykolwiek jadłem! Naprawdę zasługujesz na swą reputację doskonałego kucharza.

- To nic takiego - odparł mistrz Zen skromnie - to tylko miso shiru.

- Prawdziwie magiczna zupa! - samuraj odstawił pustą miskę - Jakich tajemnych przypraw użyłeś, by wydobyć ten smak?

- Żadnych szczególnych - odrzekł mistrz Zen.

- Nie, nie – nalegam, żebyś powiedział. Ta zupa jest tak niesamowicie smaczna!

- No dobrze, powiem Ci…

- Wiedziałem! - wykrzyknął samuraj , pochylając się, by lepiej słyszeć - Musiało być coś, co sprawiło, że tak pysznie smakowała. No powiedz wreszcie, co to było?

Mistrz Zen rzekł spokojnie: Dodałem troczę… czasu…

 

O dwóch wędrownych mnichach

Pewnego dnia, dawno, dawno temu w starożytnych Chinach, dwóch buddyjskich mnichów szło polną drogą. Był to ładny dzień na spacery, ale w mgnieniu oka pogoda się zmieniła – zaczął padać silny deszcz a niebo zasłoniły czarne chmury. Mnisi schronili się przed deszczem pod dużym drzewem. Kiedy deszcz ustał, kontynuowali swoją wędrówkę po zabłoconej ścieżce jaką stała się droga. Dotarli do miejsca, w którym cała droga była zalaną wodą tak, że nie można był iść dalej nie mocząc sobie nóg. Po drugiej stronie kałuży zobaczyli piękną kobietę, która rozdzierająco płakała.

Spytali się, co ją trapi:

Wyruszyłam z domu, aby odwiedzić swoją matkę, ale nie mogę przejść przez tą kałużę na drugą stronę" - wyszlochała. Jeden z mnichów postanowił jej pomóc, przeszedł przez wodę i przeniósł ja na plecach na drugą stronę. Kobieta podziękowała mu i ruszyła w dalszą drogę.

Mnisi kontynuowali swoją podróż, ale po pewnym czasie, ten z nich, który nie pomógł kobiecie, powiedział ze złością:

Dlaczego to zrobiłeś? Jesteśmy mnichami i nie wolno nam dotykać kobiet. Szczególnie takich jak ona, – która jest młoda i bardzo piękna…" 

Drugi z nich na to odpowiedział:

Czyżbyś dalej niósł ją na swoich plecach, bracie? Ja porzuciłem myśli o niej dawno temu."

 

 

Bajka o rosnącym ryżu

Dawno temu w Chinach był pewien rolnik, który każdego dnia pracował bardzo ciężko na swoim ryżowym polu. Ponieważ pracował bardzo ciężko, każdego roku on i jego żona mieli dużo jedzenia. Pewnego dnia rolnik przyszedł na pole i zauważył, że niektóre z roślin rosną szybciej niż inne.

Zaczął się nad tym zastanawiać i pomyślał "Ale byłem niemądry! Dlaczego nie miałbym pomóc wszystkim roślinom aby rosły wyższe? Jestem bardzo sprytny że to wymyśliłem!"

Wszedł na swoje pole i zaczął podciągać o centymetr wyżej każdą sadzonkę ryżu. Ciężko pracował podciągając rośliny, aż na koniec dnia zrobił to na całym swoim polu. Wyprostował się i popatrzył na pole, czując się bardzo z siebie dumny.

"Jeśli podniosę każdego dnia, każdą sadzonkę tylko o jeden centymetr, wtedy już za kilka tygodni będą mógł rozpocząć zbiory". Bardzo z siebie zadowolony wrócił do domu na kolację.

Kiedy obudził się następnego dnia rano był bardzo poruszony. Szybko zjadł śniadanie, i pobiegł na pole żeby znowu pomóc rosnąć sadzonkom ryżu. Kiedy tam dotarł, z przerażeniem zauważył że wszystkie rośliny zwiędły. Wtedy zrozumiał, że podnosząc sadzonki żeby szybciej rosły, zniszczył jednocześnie ich korzenie.

 

O mnichu i wojowniku

Stary mnich wędrował górską drogą. Gdy nad górami rozszalała się gwałtowna burza, zaczął rozglądać się za jakimś schronieniem. Z radością dostrzegł wielką jaskinię w pobliżu drogi i schronił się pod jej okapem. Po chwili do jaskini wkroczył wojownik w pełnej zbroi. Wraz z liczną eskortą i tragarzami szukał on, tak jak i mnich, schronienia przed deszczem. Gdy dostrzegł mnicha, poczuł nieodpartą chęć nawiązania z nim rozmowy. Mimo, że mnich prawie się nie odzywał, wojownik już po chwili opowiadał o swoich wielkich wyczynach.

- Jestem największym wojownikiem południa i północy - mówił - Nie ma w kraju nikogo, kto by mnie pokonał.

Jego wspaniała mieniąca się wszystkimi barwami drogich kamieni i cennych metali zbroja lśniła w półmroku jaskini. Za szerokim, nabijanym stalowymi ćwiekami pasem zatknięte miał dwa ogromne miecze. Przez jedno ramię przewieszony miał potężny łuk, a przez drugie kołczan pełen strzał. Jego hełm ozdobiony był potężnymi rogami diabła, a przyłbica przedstawiała maskę czarnego demona. Otoczony sługami, niosącymi za nim liczne włócznie i halabardy wyglądał niezwykle groźnie.

- Widzisz te skrzynie mnichu? - mówił - Są wypełnione dyplomami jakie otrzymałem od największych mistrzów sztuk wojennych. Moje imię wyryte jest na pomnikach licznych bitew i widnieje w honorowych księgach wielu szkół sztuki walki. Czy ty masz choć jeden taki dyplom mnichu?

- Nie mam żadnego panie. Jestem tylko mnichem i studiuję księgi.

- Ach księgi! - ciągnął wojownik - One tylko opisują historię, a ja ją tworzę! Co ty możesz wiedzieć z ksiąg?

- Wiem, o czym pisał wielki Lao Tsy w swoim dziele Tao Te Tsing - odparł mnich, który od pewnej chwili pisał coś na zwoju papieru.

- A cóż on mógł opisać? Czy jakiś filozof mógł znać zgiełk wielkiej bitwy, czy mógł wyobrazić sobie potęgę mojego ramienia, ostrze mojego miecza i celność mojej strzały?

- Wybacz panie, ale muszę już wyruszać w dalszą drogę. Był to dla mnie wielki zaszczyt poznać tak wielkiego wojownika. Pragnę podarować ci panie skromny prezent, na jaki stać biednego mnicha. Może nie pogardzisz mą kaligrafią i wzbogaci ona twą kolekcję dyplomów - powiedział w pewnej chwili mnich i zbierając się do wyjścia z jaskini, wręczył wojownikowi zwój papieru.

Zaskoczony wojownik przyjął zwój, a mnich skierował się do wyjścia. Wtem grom szalejącej na zewnątrz burzy uderzył w górę, w której znajdowała się jaskinia. Wielki głaz oderwał się od stropu jaskini i spadał prosto na mnicha. Z szybkością i lekkością o jaką nikt by go nie podejrzewał mnich wyskoczył w górę, obrócił się w powietrzu i silnym kopnięciem rozbił głaz na drobne części. Gdy w jaskini opadł pył z rozbitego głazu, mnicha w niej już nie było.

Osłupiały wojownik rozwinął zwój otrzymany od mnicha. Był na nim wypisany werset ze starożytnego dzieła mistrza Lao Tsy: "Wielcy mistrzowie milczą, wiele mówiący nie wiedzą. Prawdziwej siły nie widać".

 

Bajka o samuraju

Podczas okupacji Okinawy przez ród Shimazu, znany z gwałtownego charakteru samuraj, wybrał się do swego dłużnika po odbiór pieniędzy. Dłużnikiem tym był prosty rybak. Choć termin spłaty upływał, nie był on w stanie zdobyć pieniędzy. Bojąc się gniewu wierzyciela, skrył się nad brzegiem morza. Poszukiwanie dłużnika zajęło samurajowi cały dzień, a wraz z upływem czasu rósł jego gniew. Gdy ostatecznie odkrył kryjówkę rybaka, bez namysłu wyciągnął miecz by dać upust swej furii.

- Panie! Nim mnie zabijesz, pozwól, że zapytam o coś! - krzyknął rybak.

- Ty niewdzięczny ! Pożyczyłem ci pieniądze, gdy byłeś w potrzebie, dałem ci rok na spłatę, a jak ty postępujesz? Mów szybko, bo czasu masz mało!

- Panie, jest mi naprawdę bardzo przykro. Chciałem ci tylko powiedzieć, że właśnie rozpocząłem naukę sztuki walki bez broni. Pierwszą rzeczą, jakiej mnie nauczono, była zasada mówiąca – Jeśli twoja ręka rusza do przodu powstrzymaj swój gniew, gdy wyprzedza cię twój gniew – wycofaj rękę. Czy jest to zasada prawdziwa?

Słysząc te słowa z ust prostego rybaka samuraj momentalnie ochłonął.
- W porządku. Tak jest w istocie - odrzekł chowając miecz do pochwy - Pamiętaj jednak, że przyjdę tu za rok - dodał - i wtedy lepiej byłoby, gdybyś miał pieniądze - po czym odszedł.

Samuraj dotarł do domu późno. Zgodnie ze zwyczajem chciał głośno obwieścić swój powrót, gdy dostrzegł strużkę światła sączącą się z drzwi jego sypialni. Zajrzał więc cicho do wnętrza i zobaczył swą żonę śpiącą u boku kogoś obcego, odzianego w strój samurajski. Krew uderzyła mu do głowy i wyciągnąwszy miecz chciał runąć do komnaty, gdy w uszach zabrzmiały mu słowa usłyszane od rybaka. Powstrzymał się więc i wycofawszy się, głośno oznajmił swój powrót. Żona poderwała się z łóżka i wybiegła mu na spotkanie. U boku jej stanęła jego własna matka ubrana w szaty swego syna, w strój, który miał odstraszyć intruzów podczas nieobecności pana domu.

Po roku samuraj ponownie odbył podróż do prowincji Itoman.
- Miałem dobry rok, oto zwrot pożyczki. Nie wiem jak ci dziękować panie! - rzekł na jego widok rybak.

Samuraj położył mu rękę na ramieniu i powiedział:
- Zatrzymaj pieniądze. Nic nie jesteś mi winien, to ja jestem twoim wielkim dłużnikiem.

 

 

Przypowieść o tratwie

Pewien człowiek w trakcie długiej podróży dotarł nad rzekę. Spojrzał na nią i rzekł do siebie:
- Droga po tej stronie rzeki jest niebezpieczna i pełna przeszkód. Drugi brzeg wygląda na łatwiejszy do dalszej podróży. Jak jednak przeprawić się na tamten brzeg?
Po czym rozejrzał się dookoła i doszedł do wniosku, że może zbudować tratwę. Zrobił ją z gałęzi i trzciny. Po czym wsiadł na nią i bezpiecznie przepłyną rzekę.
Kiedy był już na drugim brzegu pomyślał:
- Tratwa okazała się dla mnie bardzo przydatna, nie powinienem porzucać jej na brzegu. Zbutwieje i ulegnie zniszczeniu. Zabiorę ją ze sobą.
Wziął ją na plecy i podążył w dalszą drogę. Z niepotrzebnym ciężarem na plecach.

 

Przypowieść o ośle

Było to daleko stąd na pewnej farmie. Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni.
Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, podczas gdy farmer zastanawiał się, co zrobić. W końcu farmer zdecydował. Zwierzę było stare a studnię i tak trzeba było zasypać. Nie warto było wyciągać z niej osła. Zwołał wszystkich swoich sąsiadów do pomocy.
Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnię śmieciami i ziemią. Z początku osioł zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć przerażony. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, osioł uspokoił się. Kilka łopat później farmer zajrzał do studni. Zdumiał się tym, co zobaczył.
Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na ośli grzbiet, ten robił coś niesamowitego. Otrząsał się i wspinał o krok ku górze. W miarę, jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono otrzepywało się i wspinało o kolejny krok. Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy, oddala się truchtem!

 

Stary mistrz i koń

Przed sklepem na wąskiej uliczce w pewnej chińskiej wiosce stał uwiązany koń. Kiedy tylko ktoś próbował przejść obok, koń go kopał. Po jakimś czasie przy sklepie zebrał się spory tłum wieśniaków, dyskutujących nad tym, w jaki sposób przejść obok niebezpiecznego konia.

Nagle ktoś przybiegł krzycząc:
- Nadchodzi Stary Mistrz! On na pewno będzie wiedział, jak to zrobić!
Tłum czekał w napięciu. Stary Mistrz ukazał się za zakrętem, zobaczył konia i skręcił w inną uliczkę.

 

Orzeł

Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi. Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami i fruwać kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty?

Minęły lata i orzeł zestarzał się. Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął elegancko i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami. Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony.

- Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok.
- To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym, ty i ja jesteśmy inni niż on.

Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł, wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.

 

Przypowieść  o rybaku

Zamożny przemysłowiec z Północy był zdumiony, gdy ujrzał rybaka z Południa, który leżał koło swojej łodzi, paląc fajkę.

- Dlaczego nie wypłynąłeś na połów?- spytał.

- Ponieważ złapałem już dość ryb na dzisiaj – powiedział rybak.

- Dlaczego nie złapiesz więcej?

- A co bym z nimi zrobił?

- Mógłbyś zarobić więcej pieniędzy- usłyszał odpowiedź. – Mając więcej pieniędzy mógłbyś przymocować do łodzi silnik. A dzięki temu byś wypływał na głębsze wody i łapał więcej ryb. Wtedy mógłbyś zarobić dość pieniędzy, żeby kupić nylonowe sieci. Przyniosłyby ci  jeszcze więcej ryb i jeszcze więcej pieniędzy. Wkrótce miałbyś już dość pieniędzy, żeby mieć dwie łodzie, może nawet całą flotyllę. Wtedy byłbyś takim bogatym człowiekiem, jak ja.

- I co bym wtedy robił?

- Wtedy mógłbyś naprawdę cieszyć się życiem.

- A myślisz, że co ja teraz robię?

 

Baśń o łuczniku

W mieście Hantan, stolicy starożytnego państwa Chao, żył niegdyś człowiek imieniem Chi Chang, który zapragnął stać się pierwszym łucznikiem świata.

Długo rozpytywał się, aż wreszcie dowiedział się, że największym mistrzem w tej sztuce jest niejaki Wei Fei. Tak wielki był kunszt tego mistrza łuczników, iż trafiał on, jak powiadano, z odległości stu kroków wszystkimi strzałami ze swojego kołczana w jeden liść wierzby. Chi Chang udał się więc do dalekiej prowincji, w której ów Wei Fei mieszkał, by zostać jego uczniem.

Wei Fei polecił mu najpierw nauczyć się nie mrugać oczami (powiekami). Chi Chang wróciwszy do domu wśliznął się pod warsztat tkacki swojej żony i ułożył się na wznak. Postanowił wpatrywać się bez mrugania w pedał poruszający się w górę i w dół nad jego oczami. Małżonka zdumiała się ujrzawszy go leżącego i oświadczyła, że nie może pracować, gdy mężczyzna, choćby to nawet był jej własny mąż, podgląda ją z tak dziwnej pozycji. Musiała jednak ulec i pomimo zakłopotania siadła do warsztatu.

Dzień po dniu Chi Chang zajmował swoje dziwne miejsce pod warsztatem i ćwiczył się w patrzeniu. Po dwóch latach doszedł do takiej wprawy, że nie poruszał powiekami, nawet gdy pedał dotknął jego rzęs. Wreszcie, wydostając się po raz ostatni spod warsztatu Chi Chang stwierdził, że to długie ćwiczenie, jakie sobie narzucił, przyniosło owoce. Ani uderzenie w powiekę, ani iskra ognia, ani tuman kurzu kłębiącego się przed jego oczami – nic nie potrafiło go zmusić do mrugnięcia. Opanował mięśnie powiek do takiego stopnia, że nawet gdy spał, miał oczy otwarte. Pewnego dnia, kiedy siedział i patrzył nieruchomo przed siebie, mały pajączek usnuł pajęczynę na jego rzęsach. Chi Chang wtedy dopiero poczuł się wystarczająco pewny, żeby móc stanąć przed obliczem mistrza.

- Potrafisz już nie opuszczać powiek? Pięknie powiedział Jei Fei, kiedy Chi Chang skwapliwie opowiedział mu o swoich postępach.

- Ale to dopiero początek. Teraz musisz nauczyć się patrzeć. Ćwicz się w patrzeniu na różne przedmioty. Gdy to, co ledwo widoczne, wyda ci się małym, a małe ogromnym – przyjdż do mnie znowu.

Wrócił więc Chi Chang znowu do domu. Tym razem wyszedł do ogrodu, żeby poszukać jakiegoś maleńkiego owada. Znalazłwszy owada ledwie widocznego gołym okiem, położył go na żdżble trawy i umieścił na swoim oknie. Potem zajął miejsce w drugim końcu pokoju i dzień za dniem wpatrywał się w owada. Z początku z trudem spostrzegał stworzonko, ale po dziesięciu dniach owad wydał mu się większy. Pod koniec trzeciego miesiąca miał wrażenie, że owad jest wielkości jedwabnika i mógł rozróżnić każdy szczegół jego ciała.

Chi Chang był tak pochłonięty tym patrzeniem, że nie zauważył, jak zmieniały się pory roku: skrzące się wiosenne słońce ustąpiło miejsca piekącemu żarowi lata, a potem sznury dzikich gęsi odlatując kreśliły ciemne linie na błękitnym jesiennym niebie. Jesień skończyła się i przyszła zima, szara od deszczu i gradu. Dla Chi Changa nie istniało nic poza małym stworzeniem uczepionym żdżbła trawy. Gdy jeden znikał, służący Chi Changa zastępował go nowym, równie maleńkim. Ale Chi Changowi wydawał się on coraz większy.

Przez trzy lata Chi Chang nie ruszał się z pokoju, aż wreszcie stworzonko na żdżble trawy urosło w jego oczach do wielkości konia.

- Dokonałem tego! – zawołał uderzając dłońmi o kolana i wybiegł do ogrodu. Nie wierzył własnym oczom: konie wydały mu się tak wielkie jak szczyty górskie, świnie – jak pagórki, a kury jak wieże zamkowe.

Chi Chang nie posiadał się z radości. Wrócił czym prędzej do domu, napiął cienką strzałę sporządzoną z północnego gatunku bylicy na łuk z rogów zwierzęcych z państwa Jen, wycelował i trafił w sam środek owada, nie musnąwszy nawet żdżbła trawy, na której go położył. Potem nie tracąc czasu udał się do Wei Fei i opowiedział mu o swoim osiągnięciu. Tym razem mistrz był z niego tak zadowolony, że zawołał: Brawo!

Pięć lat minęło, odkąd Chi Chang poświęcił się nauce strzelania z łuku. Teraz zrozumiał, że trudy jego nie były daremne. Wydawało mu się, że nie ma takiej sztuki w tej dziedzinie, której by nie potrafił dokonać. Żeby się w tym upewnić, postanowił przed powrotem do domu poddać się specjalnie trudnym próbom.

Najpierw, pragnąc prześcignąć samego Wei Fei, przebił wszystkimi strzałami ze swojego kołczana z odległości stu kroków liść wierzby. Parę dni póżniej ponowił to ćwiczenie, ale posłużył się największym swoim łukiem, a na prawej ręce (na wysokości łokcia) postawił kubek napełniony po brzegi wodą. Nie uronił ani kropli i ani jedna strzała nie chybiła celu.

W następnym tygodniu wypuścił sto lekkich strzał, jedna za drugą do tarczy umieszczonej bardzo daleko. Pierwsza padła w sam środek, druga utkwiła w rowku pierwszej, trzecia w rowku drugiej, i tak dalej, aż w mgnieniu oka wszystkie strzały tworzyły jedną linię od tarczy do łuku. A celował z taką precyzją, że nawet kiedy wystrzelił ostatnią, zczepione ze sobą strzały nie spadły na ziemię lecz utrzymywały się drżąc w powietrzu. Na ten widok mistrz Wei Fei, który się przypatrywał z boku, nie mógł powstrzymać klaskania w ręce i wołał: – Brawo!

Kiedy po dwóch miesiącach Chi Chang wrócił wreszcie do domu, żona zaczęła robić mu wymówki, że ją zaniedbuje. Chi Changa zirytowało jej zrzędzenie i żeby ją tego oduczyć, naciągnął szybko strzałę z tientsinskiego bambusa na łuk sporządzony z gałęzi dzikiej morwy, napiął cięciwę do końca i wycelował tuż ponad okiem małżonki. Strzała wyrwała jej trzy rzęsy, lecz pęd jej był tak szybki, że nawet nie spostrzegła i, mrugnąwszy tylko, dalej spokojnie gderała.

Niczego więcej nie mógł się już nauczyć u mistrza Wei Fei. Wydawało się, że jest bliski osiągnięcia swego celu. "Pozostaje jedna przeszkoda" pomyślał i przeszył go niemiły dreszcz; tą przeszkodą był sam Wei Fe. Dopóki żyje mistrz, dopóki Chi Chang nie będzie najlepszym łucznikiem świata. Nie prześcignie mistrza, wiedział o tym dobrze, choć dorównywał mu w zręczności. Samo istnienie Wei Fei było największą przeszkodą.

Pewnego dnia spacerując po polach, Chi Chang zauważył z daleka sylwetkę Wei Fei. Bez chwili wahania podniósł łuk, naciągnął strzałę i wycelował. Ale stary mistrz wyczuł co się święci, i w mgnieniu oka napiął z kolei swój łuk.

Obaj puścili cięciwę jednocześnie. Strzały zderzyły się w pół drogi i razem upadły na ziemię. Chi Chang natychmiast wycelował jeszcze raz, ale i ta strzała napotkała w połowie drogi nieomylną strzałę Wei Fei. Dziwny ten pojedynek trwał tak długo, aż opróżnił się kołczan mistrza. Chi Changowi pozostała jednak jeszcze jedna strzała.

- Oto moja szansa – szepnął i wypuścił ostatnią strzałę. Widząc to Wei Fei ułamał ciernistą gałązkę z rosnącego opodal krzaka tarniny i zasłonił się nią. Pędząca ze świstem wycelowana prosto w jego serce strzała odbiła się o cierń i padła na ziemię u jego stóp.

Tak więc Wei Fei pokrzyżował podłe plany Chi Changa, którego dopadły teraz wyrzuty sumienia. Zapewne, nie byłyby się odezwały, gdyby któraś z jego strzał trafiła do celu. Wei Fei ze swe strony odczuwał taką ulgę ocaliwszy życie i tak był zachwycony świeżym przykładem swojej własnej zręczności, że nie czuł nawet żalu do niedoszłego zabójcy. Obaj mężczyżni ze łzami w oczach rzucili się sobie w objęcia. (Dziwne były zaiste obyczaje w owych czasach! Podobne postępowanie byłoby dziś nie do pomyślenia. Serca ludzkie w dawnych czasach były zapewne inne niż nasze dzisiaj. Jakżeby inaczej wytłumaczyć można fakt, że kiedy książę Huan zażądał pewnego dnia od swego nadwornego kucharza I Ya nowego przysmaku, ten upiekł własnego syna błagając księcia, by go raczył skosztować, albo to, że pierwszy cesarz dynastii Chi, gdy miał zaledwie 15 lat, już w pierwszą noc po śmierci ojca trzykrotnie go zastąpił przy boku ukochanej jego nałożnicy?)

Lecz obejmując w uścisku przebaczenia swego zaciętego ucznia, Wei Fei wiedział dobrze, iż życie jego będzie odtąd stale zagrożone. Jedynym sposobem by uniknąć ciągłego niebezpieczeństwa, było wskazanie Chi Changowi jakiegoś innego celu.

- Mój przyjacielu – powiedział Wei Fei uwalniając się z uścisku – przekazałem ci całą moją wiedzę: Jeśli chcesz zgłębić dalsze arkana tej sztuki, musisz przejść wysoką przełęcz Ta Hsing na zachodzie kraju i dostać się na szczyt góry Ho. Tam odszukaj mistrza Kan Yinga, któremu nie było i nie ma równego. Nasze umiejętności wydają się wobec jego sztuki niezdarną dziecinną zabawą. Mistrz Kann Ying jest jedynym człowiekiem na świecie, który może cię nauczyć czegoś więcej. Odszukaj go, jeśli żyje jeszcze, i zostań jego uczniem.

Chi Chang wyruszył natychmiast na zachód. Słysząc jak jego osiągnięcia nazywa się dziecinną zabawą, poczuł się urażony. Ogarnęły go obawy, że może daleki jest jeszcze od celu, jaki sobie wytknął. Musi dostać się jak najszybciej na górę Ho i zmierzyć się ze starym mistrzem.

Przedostał się przez przełęcz Ta Hsing i zaczął wspinać się w górę stromym zboczem. Buty mu się zdarły. Stopy miał poranione, ciekła z nich krew. Niczym jednak nie zrażony szedł urwistymi stokami i przedostawał się przez wąskie kładki zawieszone nad przepastnymi otchłaniami. Po miesiącu znalazł się na szczycie góry Ho i popędził do jaskini, w której mieszkał Kan Ying. Ujrzał starca o łagodnych oczach jagnięcia. Był rzeczywiście bardzo stary. Chi Chang nigdy dotąd nie widział tak starego człowieka. Plecy miał zupełnie zgarbione, a gdy chodził siwe jego włosy wlokły się po ziemi.

Chi Chang przypuszczał, że tak stary człowiek musi być głuchy, krzyknął więc głośno:

- Przyszedłem, aby się dowiedzieć, czy jestem naprawdę tak znakomitym łucznikiem, jak mi się wydaje!

I nie czekając na odpowiedż zdjął z ramion wielki łuk, który zrobiono z topoli, z cięciwą z konopi i nałożył strzałę z nagrobkowego kamienia w kształcie obelisku, po czym wycelował w stado wędrownych ptaków, szybujące wysoko ponad ich głowami. Pięć ptaków natychmiast upadło do ich stóp.

Starzec uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział: – Mój drogi, to jest tylko strzelanie z łuku strzałą. Czy nigdy me słyszałeś o strzelaniu bez strzelania? Pójdź za mną.

Zły, że nie udało mu się zadziwić starego pustelnika, Chi Chang szedł za nim w milczeniu. Stanęli na skraju przepaści jakieś dwieście kroków od jaskini. Pod ich stopami zapadała się pionowo na tysiąc sążni ściana skalna, której widok przywodził na myśl – według słów jednego z poetów – olbrzymi parawan. Głęboko w dole płynął potok górski, torujący sobie drogę wśród skał, niby błyszcząca nić. Chi Changowi zamącił się wzrok, poczuł zawrót głowy.

Mistrz Kan Ying tymczasem swobodnie podszedł do wąskiego występu skalnego nad przepaścią i odwracając się do Chi Changa powiedział:

- Teraz podejdż do miejsca, w którym stoję, i pokaż, co potrafisz.

Chi Chang był zbyt dumny, aby nie podjąć wyzwania, bez słowa zajął miejsce starca. Gdy tylko postawił nogę na skale, ta zaczęła się lekko pod nim chwiać.

Udając odwagę, do której było mu daleko, Chi Chang próbował drżącymi rękami napiąć strzałę. W tym momencie ze skały spadł kamyk i potoczył się kilkaset metrów w dół. Chi Chang podążył za nim oczami i nagle poczuł, że traci równowagę. Położył się na skale i uczepił silnie palcami krawędzi. Nogi mu się trzęsły, całe ciało zlane było potem.

Stary człowiek zaśmiał się, wyciągnął rękę i pomógł Chi Changowi zejść z występu skalnego. Potem sam skoczył na to miejsce i rzekł:

- Pozwól, że pokażę ci, czym jest naprawdę sztuka strzelania z łuku. Z bijącym sercem, śmiertelnie pobladły Chi Chang patrzył na mistrza. Był dość przytomny, by zauważyć, że starzec ma ręce puste.

- Gdzież jest twój łuk, mistrzu? – zapytał.

- Mój łuk? – odparł starzec. – Mój łuk? – powtórzył ze śmiechem. – Dopóki łucznik potrzebuje łuku i strzały, dopóty nie przekroczył on jeszcze progu istoty sztuki. Prawdziwy mistrz może się obejść bez jednego i drugiego.

Wysoko nad ich głowami krążyła kania. Pustelnik popatrzył na nią, Chi Chang śledził za jego spojrzeniem.

Ptak był tak wysoko, że nawet bystrym oczom wydawał się nie większy od ziarnka sezamu. Kan Ying wycelował niewidzialną strzałę, napiął nie istniejący łuk i wystrzelił. Chi Changowi zdawało się, że słyszy świst. Chwilę potem kania znieruchomiała w powietrzu i upadła jak kamień na ziemię.

Chi Chang osłupiał. Zrozumiał, iż oto w tym krótkim przebłysku po raz pierwszy odsłoniły się przed nim najwyższe szczyty sztuki łuczniczej, które kiedyś wydawały mu się tak łatwe do osiągnięcia.

Dziewięć lat pozostał Chi Chang u pustelnika w górach. Nikt nigdy nie dowiedział się, jakim się przez ten czas poddawał ćwiczeniom. Gdy po dziewięciu latach wrócił do domu, zmiany, jakie w nim zaszły, zadziwiły wszystkich. Jego pewność siebie i arogancja zniknęły bez śladu. Miał tępe spojrzenie człowieka, który jest niespełna rozumu. Jego dawny nauczyciel złożył mu wizytę i spojrzawszy na niego rzekł:

- Teraz widzę doprawdy, że stałeś się mistrzem. Nie jestem godzien dotknąć nawet twojej stopy.

Mieszkańcy miasta Hantan okrzyknęli Chi Changa największym łucznikiem Cesarstwa i oczekiwali niecierpliwie wspaniałych wyczynów, jakich wkrótce, w co nie wątpili, dokona, Lecz Chi Chang zawiódł ich nadzieje. Ani razu nie tknął łuku lub strzały.

Wrócił z gór bez wielkiego łuku, który wziął ze sobą w drogę. Zapytany o powód dziwnego zachowania, odpowiedział cichym głosem:

- Najwyższym stopniem działania jest niedziałanie. Najwyższym stopniem elokwencji jest powstrzymywanie się od mówienia. Mistrzostwem największym w strzelaniu z łuku jest nie strzelać.

Mądrzejsi mieszkańcy Hantan zrozumieli od razu sens tego, co powiedział, i poczuli ogromny szacunek dla mistrza sztuki łuczniczej, który postanowił nie ruszać łuku. To, że wyrzekł się strzelania, zwiększyło jeszcze jego sławę.

Mnóstwo opowieści o Chi Changu obiegło świat. Mówiono, że zawsze po północy z dachu jego domu dochodzą takie dżwięki, jakby ktoś napinał cięciwę niewidzialnego łuku. Inni opowiadali, że był to bóg łuczników, który za dnia zamieszkiwał duszę mistrza, a nocą opuszczał ją, by strzec Chi Changa od złych duchów. Pewien kupiec z sąsiedztwa rozpowszechnił plotkę, że widział wyrażnie którejś nocy Chi Changa galopującego na chmurze ponad swoim własnym domem. Tym razem miał ponoć łuk i prześcigał się w zręczności z I i Yang Yu – chi, słynnymi legendarnymi łucznikami. Kupiec twierdził, że strzały puszczane przez trzech mistrzów znikały między Orionem i Syriuszem, znacząc ciemne niebo błękitną smugą światła.

Jakiś złodziej znowu wyznał, że gdy próbował się dostać do mieszkania Chi Changa, z okna buchnęła na niego masa powietrza i uderzyła go w czoło tak silnie, że upadł na ziemię. Od tego czasu ktokolwiek miał złe zamiary, unikał skrzętnie obejścia i domu Chi Changa, a mówiono, że nawet ptaki wędrowne starały się omijać skrawek nieba nad jego domem.

Sława Chi Changa rozniosła się po całym cesarstwie i sięgała już po same obłoki, a on tymczasem starzał się. Coraz bardziej zbliżał się do tego stanu, w którym ani ciało, ani umysł nie zajmują się już światem zewnętrznym, lecz istnieją same w sobie w promienistej i pogodnej prostocie.
Twarz jego straciła wszelki wyraz. Żadna siła z zewnątrz nie mogła wytrącić go z doskonałej obojętności. Rzadko się odzywał i nikt nie mógł stwierdzić z pewnością, że oddycha jeszcze. Jego ciało było wyschnięte i bez życia jak martwe drzewo. Dostroił się tak całkowicie do podstawowych praw wszechświata, odszedł od przypadkowości i sprzeczności tkwiącej w pozorach przedmiotów, iż u schyłku swych dni nie rozróżniał już pojęć "Ja" od "On" i "To" od "Tamto". Kalejdoskop zmysłowych wrażeń już go nie obchodził. Jego oko mogłoby być uchem, ucho – nosem, a nos – ustami.

Czterdzieści lat po zejściu z gór Chi Chang opuścił świat łagodnie, jak dym, co rozwiewa się w powietrzu. Przez te czterdzieści lat ani razu nie wspominał o łuku czy strzelaniu, ani też nie dotknął łuku czy strzały.

Opowiadają, że w ostatnim roku przed śmiercią odwiedził kiedyś przyjaciela i zobaczył na stole przedmiot, który wydawał mu się znajomy, ale którego nazwy, ani przeznaczenia nie mógł sobie przypomnieć. Na próżno więc wysilał pamięć. Wreszcie zwrócił się do przyjaciela:

- Powiedz mi proszę. Ten przedmiot tam na stole: co to jest i do czego służy?

Przyjaciel roześmiał się, przekonany, że Chi Chang żartuje. Starzec powtórzył pytanie. Przyjaciel znów się roześmiał, ale już niepewnie tym razem. Zapytany z powagą po raz trzeci okazał zmieszanie. Spojrzał uważnie na Chi Changa i widząc, że starzec nie żartuje ani też nie jest szalony, pewien już, że usłyszał dokładnie pytanie, wykrztusił w zachwycie:

- O mistrzu! Musisz być istotnie największym mistrzem wszech czasów, skoro mogłeś zapomnieć co to jest łuk i do czego służy!

Mówiono, że po tym wydarzeniu malarze w mieście Hantan wyrzucili pędzle, muzycy zerwali struny w swoich instrumentach, a cieśle wstydzili się, gdy ich ktoś zobaczył z miarą w ręku.

 

Trzech synów mistrza

Dawno temu w Chinach, żył pewien wielki mistrz miecza, który został zaproszony do odwiedzenia domu innego mistrza tej sztuki. Ci dwaj mistrzowie, rozmawiając i popijając herbatę, wspominali swą młodość i wielkie wyczyny. Rozmowa stopniowo zmierzała ku ich własnym rodzinom i postępom, jakie czynią ich synowie.

Gospodarz miał trzech synów, którzy poświęcili swe życie dla osiągnięcia mistrzostwa we władaniu mieczem, tak jak zrobił to ich ojciec i dziad i ojciec ich dziada. Bardzo chcąc pokazać zdolności swych synów; a jednocześnie dać im lekcję, ojciec mrugnął porozumiewawczo do swego gościa. Ostrożnie, niczym kot wziął on ciężką wazę z wnęki w ścianie i umieścił ją nad uchylonymi drzwiami, którymi wchodziło się do pokoju. Waza była w takiej pozycji, że kiedy otwierano drzwi spadała na głowę wchodzącego.

Z błyszczącymi oczami obaj starzy mistrzowie wrócili do herbaty i rozmowy, byli oni cierpliwi i mieli wiele spraw do przedyskutowania. Po pewnym czasie, wielki mistrz, zawołał swego najstarszego syna. Naturalną rzeczą jest, że najstarszy syn natychmiast usłyszał wezwanie ojca i szybko stanął przed drzwiami. Dało się zauważyć prawie niedostrzegalną pauzę. Syn spokojnie odsunął drzwi prawą ręką wchodząc i unosząc jednocześnie lewą otwartą rękę ku górze. Chwycił ciężką wazę zanim zaczęła spadać, obrócił się w kierunku pokoju, unosząc ją nad głową. Pięknym gestem zasunął drzwi i umieścił wazę w jej dawnym położeniu, ponad nimi. Następnie, bez słowa i zbędnego gestu ukłonił się z szacunkiem starym mistrzom.

Twarz ojca promieniała kiedy dokonywał prezentacji, mówiąc: "To jest mój najstarszy syn";. Jego stary przyjaciel patrzył w oczy syna przez długi moment. Potem uśmiechając się szeroko i wykonując w kierunku ojca głęboki ukłon odrzekł: "Jestem bardzo szczęśliwy. On nauczył się wszystkiego bardzo dobrze i stał się mistrzem miecza. Jest on wart Twego nazwiska". Teraz ojciec i syn odkłonili się, a w oczach starego mistrza stanęły łzy, kiedy dowiedział się, że jego stary przyjaciel uznał jego syna mistrzem miecza.

Po niedługim czasie ojciec zawołał znów, tym razem wzywając średniego syna, który także odpowiedział szybko. Podszedł on do drzwi i natychmiast je otworzył. Kątem oka spostrzegł spadającą wazę, a jego działanie było szybkie i celowe: zwinnie i szybko usunął się w bok chwytając wazę w ramiona. Jego zaskoczone oczy przebiegły po pokoju patrząc pytająco na wszystko i wszystkich. Grzecznie stłumił instynktowną chęć okrzyku lub pytania, odwrócił się do drzwi, zamknął je i po chwili wahania ustawił wazę w jej poprzedniej pozycji. Ukłony zostały wymienione, a ojciec przedstawił go tymi słowy: "To jest mój drugi syn. On nie umie zbyt wiele, ale uczy się pilnie i staje się każdego dnia coraz lepszy".
Gość uśmiechnął się, ukłonił im obu i odrzekł: "Rozwija się on doskonale i pewnego dnia stanie się on dla ciebie źródłem chluby".

Przez kilka chwil nikt nic nie mówił, myśląc o tym co on powiedział i co się zdarzyło. Gospodarz poruszył się i dolał herbaty do czarki przyjaciela. Obaj wypili w milczeniu. Potem odstawiwszy czarkę, z lekkim stuknięciem, na lakierowany blat stołu, stary mistrz klasnął w ręce i zawołał swego najmłodszego syna.

Jak to często bywa z najmłodszymi, był on nieco powolny w reagowaniu na wezwanie ojca. W ostatniej chwili próbował nadrobić swą powolność, przebiegając ostatni odcinek drogi do drzwi. Kiedy odsunął drzwi i wkroczył do pokoju, ciężka waza spadła, zadając mu silny cios w głowę. Uderzywszy go, waza odbiła się, i w tym momencie najmłodszy syn obrócił się jak strzała, wyjął miecz i przeciął ją na połowy zanim zdążyła ona opaść na tatami przykrywającą podłogę. Był on taki wściekły, że nie czuł bólu. Chłopiec schował swój miecz bez należytego oczyszczenia i uśmiechnął się do wszystkich szczęśliwie lecz w sposób nieśmiały i z zażenowaniem. "To jest mój najmłodszy syn" – powiedział stary mistrz z niedwuznacznym, udawanym uśmiechem. "Jak sam widzisz, musi się on jeszcze długo uczyć".

"Ach tak" – odpowiedział stary przyjaciel. "Jednak jest on bardzo szybki i bardzo silny".

W czasie tego popołudnia ojciec był uhonorowany przez gościa, który rozmawiał ze wszystkimi trzeba synami, pytając ich o szkoły i nauczycieli. Na przemian żartował, to mówił poważnie, a trzej synowie tak byli zafascynowani gościem, że zanim spostrzegli, zapadł zmrok i gość wstał szykując się do wyjścia.

Jest w zwyczaju dawać przyjaciołom mały podarunek, zanim odejdzie się z ich domu.

Mistrz dał znak synom. Najstarszy ukłonił się bardzo nisko i orzymał piękną, złotą szpilkę z małym diamentem. Stary mistrz patrzył długo w jego oczy, ale nie powiedział ani słowa.

Młodszy syn ukłonił się bardzo nisko i dostał ciężką księgę, oprawioną w doskonałą skórę. Mistrz powiedział: "Stronice tej księgi są nie zapisane, tak jak niezapisane są stronice twego życia. To co na nich napiszesz, zależy tylko od ciebie".

Trzeci, najmłodszy syn, także ukłonił się bardzo nisko i otrzymał piękny, błyszczący, srebrny zegarek kieszonkowy. Mistrz powiedział mu: "Jeżeli chcesz się uczyć, musisz zacząć od doceniania czasu. Potem, kiedy będziesz to umiał, nigdy nie będziesz go marnował. Nawet, kiedy nie będziesz nic robił".

Dwaj starzy mistrzowie uścisnęli się zwyczajem ludzi sztuk wojennych i honorowy gość odszedł, zostawiając po sobie smutek i pogodę ducha.

 

Przypowieść o wieśniaku

Któregoś roku pogoda była wyjątkowo dobra i zboże, które uprawiał, wyrosło zdrowe i silne, więc wszyscy sąsiedzi mówili mu, że ma szczęście, bo zbierze dobre plony. Wieśniak odpowiedział: „ Może tak, może nie, któż to wie”.

Na dzień przed rozpoczęciem żniw z równiny nadbiegło stado dzikich koni i stratowało pole rolnika. Sąsiedzi zebrali się i powiedzieli, że to wielki pech stracić tak wielkie plony. Wieśniak odparł: „ Może tak, może nie, któż to wie”.

Następnego dnia syn rolnika wyszedł z wielką liną i schwytał dzikiego ogiera oraz trzy klacze, a sąsiedzi zebrali się, by podziwiać konie i powiedzieli wieśniakowi, że ma wielkie szczęście. Ten odpowiedział „ Może tak, może nie, któż to wie”.

Rano syn rolnika zaczął ujeżdżać konie i kiedy tylko dosiadł ogiera, ten go zrzucił, chłopak upadł na ziemię i złamał nogę. Sąsiedzi wnieśli go do domu i użalali się nad wieśniakiem, mówiąc, że ma okropnego pecha, bo jego jedyny syn tak się zranił. Rolnik odparł: „ Może tak, może nie, któż to wie”.

Następnego dnia do wsi nadciągnęła armia cesarza w drodze na wielką bitwę i wszyscy zdolni do służby młodzi ludzie zostali schwytani i wcieleni do wojska. Ale nie syn wieśniaka, który miał złamaną nogę. Wszyscy sąsiedzi powiedzieli mu, że ma wielkie szczęście, gdyż jego syn uratował się przed wojskiem, a wieśniak odparł: „ Może tak, może nie, któż to wie”.

 

Przypowieść o lepszym i gorszym

Bardzo dumny człowiek, wojownik, samuraj, poszedł spotkać się z mistrzem Zen. Samuraj był bardzo sławny, dobrze znany w całym kraju, a widząc mistrza, jego piękno i wzniosłość tej chwili, nagle poczuł się gorszy. Może przyszedł z nieświadomym pragnieniem wykazania swojej wyższości.
- Dlaczego czuję się gorszy? – spytał mistrza. – Przed chwilą wszystko było dobrze. Gdy wszedłem na twój dziedziniec, poczułem się gorszy. Nigdy dotąd tak się nie czułem. Ręce mi drżą. Jestem wojownikiem, wiele razy widziałem śmierć, nigdy nie czułem żadnego strachu, czemu teraz się boję?

- Zaczekaj. Kiedy wszyscy pójdą, odpowiem ci – odrzekł mistrz.

Przez cały dzień ludzie przychodzili do mistrza. Czekanie męczyło samuraja coraz bardziej. Wieczorem pokój opustoszał i samuraj spytał:

- Czy teraz możesz mi odpowiedzieć?
- Chodź na zewnątrz – odrzekł mistrz.

Była pełnia, księżyc akurat wschodził na horyzoncie. Mistrz rzekł:

- Spójrz na te drzewa – to wysokie do nieba i to małe obok niego. Oba od lat rosną pod moim oknem i nigdy nie było problemu. Mniejsze drzewo nigdy nie pytało większego, czemu czuje się przy nim gorsze. To drzewo jest małe, tamto duże, dlaczego nigdy nie słyszałem żadnego szeptu między nimi?
- Ponieważ nie można ich porównać – odrzekł samuraj.
- Zatem nie potrzebujesz mnie pytać. Znasz odpowiedź – odpowiedział mistrz.
Porównywanie przywołuje niższość i wyższość. Gdy nie porównujesz, znika wszelka niższość i wszelka wyższość. Wtedy jesteś, po prostu, jesteś. Mały krzaczek czy wielkie drzewo, nie ma znaczenia, jesteś sobą. Jesteś potrzebny. Źdźbło trawy jest tak samo potrzebne, jak największe gwiazdy. Bez tego źdźbła trawy Bóg nie byłby tym, kim jest. Dźwięk kukułki jest tak samo potrzebny, jak Budda; gdyby kukułka znikła, świat byłby uboższy.
Rozejrzyj się w około. Wszystko jest potrzebne, wszystko do siebie doskonale pasuje. To jedność: nikt nie jest tu wyższy i nikt nie jest niższy, lepszy czy gorszy. Wszyscy są nieporównywalni z nikim innym, każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Ja muszę wnieść swój potencjał do życia i ty musisz wnieść swój, ja muszę odkryć swoje własne istnienie, a ty musisz odkryć swoje.

 

Przypowieść o kowalu


Rzecz działa się w XVII wieku w Japonii. W pewnej wsi mieszkał kowal, którego ambicją było wykucie samurajskiego miecza i podarowanie go Daimyo w czasie jego wizyty we wsi.
Kowal starał się wykuć miecz łączący elastyczność, z twardością i niewiarygodną ostrością.
Kowal, jako młody człowiek terminował u starego Mistrza Kowalstwa, który kuł miecze dla samurajów – wiedział więc jakich materiałów użyć i jakie techniki kucia stosować by osiągnąć zamierzony efekt.
Niestety, pomimo wielu prób i wysiłku, wyprodukowane przez niego miecze nie były ani elastyczne ani wystarczająco twarde. Łamały się podczas pierwszej próby wytrzymałości…..
Kowal był coraz bardziej zrozpaczony.

- Jak się to dzieje że moje miecze są do niczego ? Przecież robię dokładnie to samo co Mistrz, którego miecze były znakomite. Uzywam takich samych składników i wszystko robię w takiej samej kolejności co stary kowal, a mimo to miecze nie wychodzą !!!

Po upływie kilku miesięcy kowal miał już dość !

-Nie jestem wystarczająco zdolny, pomyślał, Nie byłem zbyt pilnym uczniem mego mistrza !, nadaje się tylko do kucia narzędzi rolniczych.. – stwierdził coraz bardziej przygnębiony.

- Mimo wszystko raz jeszcze spróbuję ! zadecydował w końcu.
Po raz kolejny rozłożył narzędzia i zawołał swego pomocnika, który przynosił kamyki z rudą żelaza – niezbędny materiał wyjściowy do wykucia miecza. Pomimo jego nawoływań pomocnik nie pojawił się w kuźni. Zniecierpliwiony kowal zawołał swego najmłodszego syna :

– Takeo ! – idź na wyrobisko, przynieś mi grudki czerwonej ziemi i piasku.

Takeo, jako posłuszny syn skinął tylko głową i pobiegł w kierunku wyrobiska. Wrócił po chwili z minerałami. Zadowolony ojciec uśmiechnął się i powiedział z uznaniem – Szybko się uwinąłeś , będzie z Ciebie kiedyś świetny kowal. Syn ukłonił się i wybiegł z kuźni.
Kowal zabrał się tak jak zwykle do pracy, rozłożył narzędzia, rozpalił palenisko, przygotował naczynia z woda do chłodzenia i hartowania rozgrzanej stali. Kowal pracował z zawziętością i determinacją, jak zawsze, konsekwentnie i perfekcyjnie. Nic nie mogło zostać przeoczone !
W trakcie pracy zauważył że stal zachowuje się inaczej niż zwykle, daje się łatwiej formować, szybciej się schładza w procesie hartowania. Zachęcony tym niespodziewanym efektem kowal z jeszcze większą energią pracował nad wymarzonym mieczem. Ostatnim etapem procesu było formowanie ostrza – po tym miecz stygł i był gotowy do testu wytrzymałości.
Kiedy kowal skończył już pracę a wykute ostrze stygło w specjalnej kadzi, do kuźni niesmiało wszedł Takeo. Stanął przed ojcem i ze smutną minał powiedział – Ojcze, nie poszedłem po czerwony kamien na wyrobisko, skad zawsze bierzesz materiał. Przyniosłem go spod skały, która znajduje się nieopodal naszego domu – przepraszam, nie chciało mi się biec tak daleko ….

Takeo opuścił wzrok czekając na reakcje ojca – ten jednak zdumiony wstał, podniósł miecz i zaczął głośno się śmiać ….
- Zapytacie dlaczego ? Otóż w ostatniej próbie wykuł ostrze WYJĄTKOWEJ JAKOŚCI , NAJLEPSZE W ZYCIU , a uczynił to tylko dlatego że ZMIENIŁ SKŁAD materiału do produkcji miecza ……

Kilka miesięcy później kowal podarował swój miecz Daimyo, który zdumiony jakością ostrza mianował go swym nadwornym dostawcą mieczy …

Darowany miecz nosił nazwę „TAKEO”……

 

 

Przypowieść o prezencie

Niedaleko Tokio żył wielki samuraj. Kiedy się zestarzał,poświęcił się nauczaniu młodych buddyzmu Zen. Mówiono jednak, że pomimo podeszłego wieku był w stanie pokonać każdego przeciwnika. Pewnego wieczoru odwiedził go młody wojownik zupełnie pozbawiony skrupułów. Był on również znany ze swojej techniki prowokacji. Najpierw czekał na pierwszy ruch przeciwnika, a potem dzięki wyjątkowej bystrości umysłu oceniał popełnione przez niego błędy i przypuszczał nagły kontratak. Nigdy jeszcze nie przegrał żadnej walki. Wiele słyszał o sławie samuraja i udał się na spotkanie z nim z zamiarem pokonania go i umocnienia własnej reputacji. Pomimo protestów swoich uczniów stary samuraj przyjął wyzwanie wojownika. Kiedy ludzie zgromadzili się na placu, młody człowiek zaczął obrażać starego nauczyciela. Rzucał w niego kamieniami, pluł mu w twarz, obsypywał obelgami jego i jego przodków, nie przebierając w słowach. Przez wiele godzin robił wszystko co w jego mocy, aby wyprowadzić samuraja z równowagi, ale starzec pozostał niewzruszony. Pod wieczór porywczy wojownik wycofał się, wycieńczony i poniżony. Uczniowie, rozgoryczeni faktem, że ich nauczyciel nie zdołał odpowiedzieć na wyzwiska i prowokacje młokosa, spytali:

—Jak mogłeś znosić takie upokorzenia? Dlaczego nie podjąłeś ryzyka, nawet gdybyś miał przegrać tę walkę? A ty nawet nie wyciągnąłeś miecza i pokazałeś się nam jako tchórz.

—Jeśli ktoś przychodzi do ciebie z podarunkiem i ty go nie przyjmujesz, to do kogo wtedy należy ten prezent?—spytał samuraj.

—Do darczyńcy— opowiedzieli uczniowie.
—To samo dotyczy zawiści, złości i obelg —rzekł ich nauczyciel. Jeśli nie są przyjęte, pozostają własnością osoby, która nosi je w sobie…

 

Piekło i niebo

Jak mówi stara japońska przypowieść, pewien samuraj przyszedł do mistrza Zen z żądaniem, aby wyjaśnił mu, na czym polega różnica między piekłem a niebem. Mnich jednak odparł z szyderstwem:

- Jesteś zwykłym gburem. Nie mam zamiaru marnować czasu na rozmowy z takimi jak ty.

Urażony samuraj wpadł we wściekłość i wydobywszy miecz krzyknął:

- Zabiję cię za tę impertynencję!

To właśnie – odpowiedział spokojnie mnich – jest piekło. Zaskoczony prawdziwością słów mnicha, samuraj uspokoił się, schował miecz i złożył głęboki ukłon, dziękując za wyjaśnienie.

- A to – rzekł mnich – jest niebem.

 

Ciężka praca

Adept sztuk walki przyszedł do nauczyciela i powiedział:

— Chciałbym poświęcić się nauce sztuk walki wg twojego systemu. Ile czasu zajmie mi osiągnięcie mistrzostwa?.

Odpowiedź nauczyciela była przypadkowa: „Dziesięć lat”.

Niecierpliwy uczeń odpowiedział:

— Chcę zostać mistrzem o wiele szybciej! Będę ciężko pracował. Będę poświęcał codziennie dziesięć godzin, a jeśli trzeba będzie to więcej czasu na ćwiczenia. Ile wówczas zajmie mi to czasu?.

Nauczyciel odpowiedział:

— Dwadzieścia lat!

 

 

 

Facebook